Jak widzicie, życie serwuje nam ciekawe niespodzianki. Pani o nazwisku Wytrzęś poznaje Pana o nazwisku Członka i teraz grozi jej bycie najbardziej „chu….ową” osobą (jej słownictwo). Ale to jest złe spojrzenie na sprawę, takie „Wschodnie”. Na Zachodzie owa pani natychmiast zawarłaby małżeństwo widząc w tym sposób na gwarantowaną kasę. Gliniarz zatrzymuje i się śmieje? Milion dolarów odszkodowania. Sędzia parsknął śmiechem w sądzie podczas czytania nazwisk stron? Dwa miliony, itd. Przecież w tym nazwisku nawet nie ma nic sprośnego. Wręcz przeciwnie! Promowanie zasad higieny wśród mężczyzn. Wytrzęś Członka <bo inaczej spodnie moczem śmierdzieć będą>!!!. Taka chodząca reklama elementarnych zasad higieny dla mężczyzn.
Luke Ciotopedał
Aby ktoś nie twierdził że to są gołosłowne mrzonki, w USA pewien gejowski aktywista zmienił nazwisko z Montgomery na Sissyfag (Ciotopedał) właśnie po to aby walczyć z „homofobią” i skarżyć każdego kto się śmiał. A w przypadku pani Wytrzęś-Członka nawet nie można jej zarzucić że zrobiła to celowo, no bo przecież z takimi nazwiskami się urodzili a serce nie sługa, itd., itp.
W USA nie ma niemal żadnych praw zabraniających takiego czy innego nazwiska, więc, dość liczni w USA neonaziści nawet czasami nazywają dzieci imieniem ich wielkiego, niezrozumiałego wodza Adolfa Hitlera. 😉 Jest parę fajnych komedii na ten temat. Adolf był dobry, Adolf kochał dzieci… itd.
Musieli jednak zrobić wyjątek dla programistów i matematyków którzy postanowili walczyć z Wielkim Bratem i jego zapędami kontrolowania całości naszego życia. Dawali dzieciom imiona które miały np. 1000 znaków, w tym np. długą liczbę pierwszą, właśnie po to aby nikt nigdy nie mógł wprowadzić ich dzieci do rządowych komputerów albo umieścić na rządowych dokumentach na jednej stronie. Oczywiście, w odpowiedzi zmieniono prawo i teraz imiona w USA mogą mieć maksymalnie 26 znaków.
Niuanse praw Wschodu i Zachodu
Raz pewien Bułgar miał ciekawy problem. Rząd uznał go oficjalnie za zmarłego, na żądanie byłej żony od której zwiał do Turcji i nie dawał znaku życia przez 20 lat. Musiał chwilowo wrócić bo Turcy zażądali od niego „papierów”. Żona protestowała przywrócenie go do życia bo to by znowu wywróciło do góry nogami jej życie i byłby dylemat.
Sprawa została nagłośniona na cały świat i na Zachodzie każdy gościowi… zazdrościł. No bo bycie legalnie martwym oznacza że się jest usuniętym z rządowych komputerów i się więcej nie musi płacić podatków. Ci ludzie na Zachodzie nic a nic nie rozumieją Dzikiego Wschodu. Bo na Wschodzie jak rządowa biurwa ma taki dylemat to zamiast się głowić jak zrobić coś co nie było przewidziane przez prawo, można i trzeba po prostu naprawić problem strzelając gościowi w łeb aby wszystko w papierach się zgadzało. Widzę taką scenę na granicy: „Hej, Władek, przyszedł gość który jest w papierach zapisany jako martwy. Weź go na spacer do lasu i spraw aby problem znikł”. Skoro gość już oficjalnie nie żył od kilkunastu lat, to by było tylko zbezczeszczenie zwłok w obronie własnej, no bo Władzio się przestraszył kiedy trup zaczął machać rękami. Taka mniej-więcej jest kwintesencja praw Dzikiego Wschodu.
Marzenia Słowian o Zachodzie
Wciąż pamiętam jak marzyłem o pięknym, kolorowym Zachodzie, dorastając w szarym PRLu. Teraz widzę nas wszystkich trochę jak stado wilków które podeszło pod kraty ZOO, patrząc na wilki wewnątrz ZOO, że są nakarmione, grzeczne, uczesane, itd., itp. czyli przeciwieństwo wszystkiego co czyni nas słowiańskimi wilkami, dla których np. odlanie się w cywilizowanych warunkach (a nie w krzakach albo w bramie) w wielu miastach to wciąż wielki luksus.
A prawda jest taka że dzisiejszy Zachód to też patologia, tylko diametralnie inna niż nasza. Np. taka sprawa. Pani sobie podjeżdża pod McDonalda aby w okienku kupić kawę. Pani wsadza kawę w kubku między nogi i rusza z impetem uderzając w próg zwalniający. Przy uderzeniu w próg, ściska nogi razem, wyciskając całą kawę ze styropianowego kubka na jej „wstydliwe części ciała”. Bardzo to boli przez parę dni, nie da się tej części wtedy używać do wszystkiego do czego ją zwykła używać, więc musi skarżyć. Sąd orzeka: „Winny McDonald’s” bo jej sprzedał „niebezpieczny produkt”. Od tego czasu nie da się kupić w USA gorącej kawy bo ustawili termostaty na „bezpieczną” temperaturę. Był też gość który postanowił się przebrać za pewnego bohatera z amerykańskiej kreskówki który zamiast głowy ma kuchenkę do tostów. Więc wziął starą kuchenkę, wymontował wnętrzności, założył ją na głowę, i poszedł na bal. A tam inny „superbohater”, zapewne też pod wpływem „procentów” postanowił przetestować jego moce waląc go w ten łeb/kuchenkę, kijem bejsbolowym. A że koleś nie obciął ostrych listw mocujących w środku kuchenki, te wbiły mu się w czaszkę i znowu trzeba było skarżyć. Wyrok sądu – sklep mu sprzedał „niebezpieczny produkt”, nie informując go o tym. Więc jeżeli się zastanawialiście skąd na kuchenkach te wszystkie nalepki ostrzegające że to nie jest kask, to teraz wiecie.
Moja historia poznawania świata
Moja unikalna historia poznawania świata wynika z moich umiejętności. Umiejętności te, chodź uniwersalnie znienawidzone przez… biurokratów, policjantów, celników, sędziów, polityków, kler, itd., itp. zawsze były od moich najmłodszych lat doceniane przez służby do tego stopnia że zawsze dostawałem masę ofert od nich. Być może było to rezultatem tego że już w wieku szkolnym pokazałem jak zamienić radiowęzeł szkolny w narzędzie inwigilacji każdego pokoju w szkole, czym oczywiście się musiałem pochwalić nagrywając rozmowy w gabinecie dyrektora i pokoju nauczycielskim. Zapewne „smutni chłopcy” od tego momentu już się mną interesowali i uważnie śledzili moje zainteresowania. To doprowadziło mnie do pewnego kluczowego dnia kiedy czekałem na pociąg na oszczanym dworcu Warszawa Wschodnia i się zastanawiałem czy pójdę na ofertę wyjazdu na studia do USA czy do Moskwy. Tak siedziałem i myślałem, i wtedy jakiś pijak podchodzi do mnie i się pyta – „Panie!!! Panie!!! Którędy do Nowego Yorku?” Więc mu odpowiedziałem aby szedł prosto a potem po walnięciu łbem w ścianę skręcił w prawo. I to był znak z niebios który zadecydował.
Tak rozpoczęła się moja przygoda na Zachodzie, w tym zwiedzanie bunkrów kontrwywiadu FBI, itd., itp. Nauczyłem się tak wiele wiele rzeczy, poznałem całe armie różnych „specjalistów” od robót nazwijmy to „niezbyt etycznych” i zacząłem marzyć o jakimś świecie pośrodku, który nie jest ani Zachodem ani Dzikim Wschodem. Czyli, skromnie, miejscu gdzie np. sądy mają jakieś poważanie dla elementarnej matematyki, można się odlać w publicznym kibelku który jest sprzątany częściej niż raz na miesiąc, ale gdzie pijany gość z kuchenką na łbie, albo baba która sobie wszczepiła 10 litrów silikonu aby mieć wielką dupę która się nie mieści w żadnym fotelu albo drzwiach nie stają się bogaczami. Ale to po prostu doprowadziło do tego że ani Zachód ani Dziki Wschód mnie za bardzo nie chcą. Ale wciąż jestem, ja, człowiek z innej galaktyki, jak widać.
Poniżej, egzamin wstępny na biurokratę w USA: „Jeżeli masz jedno wiadro które mieści 2 galony, i drugie wiadro które mieści 5 galonów, ile razem masz wiader???”
